Charles Baudelaire, Sztuczne raje, 1851

II.
Głębokie radości wina, któż was nie zaznał? Każdy, kto chciał uśpić sumienie, obudzić wspomnienia, utopić smutek czy wznieść na lodzie zamek – wszyscy wzywali ciebie, tajemniczy boże ukryty w żyłach winorośli. Jakże wspaniałe są winne spektakle, rozświetlone wewnętrznym słońcem! Jakże płomienna i szczera jest druga młodość, którą wino obdarza człowieka! Ileż jednak zagrożeń w jego piorunujących rozkoszach i zwalających z nóg urokach. Powiedzcie wszakże z ręką na sercu, sędziowie, prawodawcy, światowcy, wy wszyscy, których szczęście darzy łagodnością, a bogactwo cnota i zdrowiem, czy któryś z was ośmieliłby się potępić bez reszty człowieka pijącego geniusz?
Zresztą wino nie zawsze bywa tym okrutnym, pewnym zwycięstwa zapaśnikiem, co przysiągł nie przebaczać i nie znać litości. Wino jest jak człowiek: nie sposób z góry przewidzieć, czy cię zachwyci, czy też będziesz nim gardził, czy wzbudzi miłość, czy nienawiść, jak szlachetnych dokona uczynków, jakich okrutnych zbrodni. Nie bądźmy więc dla wina surowsi niż dla ludzi, traktujmy je jak bliźniego.
Czasem wydaje mi się, że słyszę szept wina, przemawia do mnie duszą, głosem duchów, który słyszą jedynie duchy: „Kocham ciebie, człowieku! Pragnę, by wbrew szklanemu więzieniu i korkowym ryglom doszła cię moja bratnia pieśń, hymn radości, światła i nadziei. Nie jestem niewdzięczne; wiem, żeś mi dał życie. Wiem wszystko o twym znoju i słońcu prażącym ramiona. Dałeś mi życie, wypłacę ci się za to. Dług mój zwrócę z nawiązką, bo czuję wielką radość, gdy spływam w zaschłe od pracy gardło. Pierś zacnego człowieka milszą mi jest siedzibą niźli te smutne i nieczułe lochy. To radosny grób, gdzie chętnie kończę swe życie. Wielki czynię rozgardiasz w żołądku wyrobnika, a stamtąd po niewidzialnych schodach wspinam się do mózgu, by krążyć w moim ostatnim tańcu.
Czy słyszysz, jak kłębią się we mnie i huczą gromkie refreny z dawnych czasów, pieśni miłości i sławy? Bo jestem duszą twej ojczyzny, na pół frywolną, a na pół rycerską. Jestem niedzielnym szczęściem. P r a c a d n i s k r a c a, wino wydłuża niedziele. Podwiniesz rękawy i wsparty na łokciach przy rodzinnym stole będziesz wreszcie zadowolony, i głosić będziesz mą chwałę. (…)
Spłynę w głąb twojej piersi roślinną ambrozją. Będę ziarnem, które zapłodni wyoraną w trudzi skibę. Nasze czułe zbliżenie zrodzi poezję. Razem staniemy się Bogiem i ulecimy w nieskończoność jak ptaki, motyle, zapachy, babie lato – wszystko, co skrzydlate”.
Oto, co śpiewa wino w swoim tajemnym języku. Biada tym, których samolubne serce, głuche na cierpienia współbraci, nie usłyszało nigdy jego pieśni! (…)
Wino jest niepoprawnym recydywistą. Dzień w dzień obdarza nas łaskami. Pewno dlatego tak nienawidzą go moraliści. Mówię: moraliści, lecz mam na myśli faryzejskich pseudomoralistów. (…)
Niejeden czytelnik zgani mnie za zbytnią pobłażliwość: „Usprawiedliwia pan pijaństwo, idealizuje hołotę”. Przyznaję: w obliczu dobrodziejstw nie śmiem rachować krzywd. Zresztą mówiłem, że wino podobne jest człowiekowi, przyznałem, że ich zbrodnie są równie wielkie jak cnoty. Czyż mogę zrobić więcej? Spójrzmy na to inaczej. Wydaje mi się, że gdyby ludzkość zarzuciła produkcję wina, w mózgach i ciałach naszej planety powstałaby próżnia, pustka, ułomność potworniejsza niż wszystkie przypisywane winu ekscesy i zdrożności. Czyż nie ma podstaw, by sądzić, że ludzie, co nigdy nie piją wina, prostaczkowie czy pedanci, to głupcy lub hipokryci? Głupcy – ludzie nie znający ani człowieka, ani natury, artyści odrzucający tradycyjne recepty sztuki, majstrzy urągający prawom mechaniki; hipokryci – wstydliwi opilcy, samochwalcy trzeźwości, co popijają ukradkiem i tają jakiś sekretny g r z e c h. Człowiek, który pija jedynie wodę, skrywa coś przed światem. (…)

III.
…nie powiedziałem wam nic nowego. Wszyscy znają wino; wszyscy je kochają. Kiedy pojawi się prawdziwy lekarz filozof, choć tacy trafiają się rzadko, da nam być może wielkie dzieło o winie, rodzaj dwustronnej psychologii obejmującej wino i człowieka. Wyjaśni, jak i dlaczego pewne napoje posiadły moc niezmiernego potęgowania osobowości istot myślących, tworzenia, że tak powiem, trzeciej osoby – mistyczna operacja, w której człowiek naturalny i wino, bóg wszystkich zwierząt i bóg roślin, niczym Ojciec i Syn w Trójcy, rodzą coś na kształt Ducha Świętego: twór nadludzki, pochodzący w równym stopniu od obydwu.
Są ludzie, na których wino wpływa tak potężnie i ożywczo, że ich krok staje się pewniejszy, a słuch niebywale ostry. (…)
…wino wplata się skrycie i czule w życie ludzkości, tak czule, ze wcale bym się nie zdziwił, gdyby jakieś głębsze umysły, urzeczone ideą panteistyczną, przypisały mu rodzaj osobowości. Wino i człowiek przypominają mi dwóch związanych przyjaźnią zapaśników, co wciąż ze sobą walczą i wciąż się ze sobą godzą. Zwyciężony bierze w ramiona zwycięzcę.
Bywają pijacy złośliwi; to ludzie złośliwi z natury. Zły człowiek robi się wstrętny, a dobry – doskonały. (…)
…wino jest na wskroś społeczne i ludzkie; ośmieliłbym się nawet powiedzieć, że jest człowiekiem czynu.

tłum. Ryszard Engelking,
Charles Baudelaire, Sztuczne raje, t.III – Pisma
(red.) R. Engelking, Z. Naliwajek, J. Żurowska
Wyd. słowo/obraz/terytoria, Gdańsk, 2009, s.33-41

André Brink, Zanim zapomnę,

André Brink, Zanim zapomnę,

 Noir sur Blanc, Warszawa, 2010

(tłum. z angielskiego, Hanna Falińska)

 

– Cabernet sauvignon? Rocznik chyba 1995? Raczej z regionu Paarl niż ze Stellenbosch?

  Unosisz brwi ze zdziwieniem.

– Trafiłeś w dziesiątkę. Jak nabiera się takich umiejętności?

– To jedna z moich pasji. Bardzo mnie bawi zbieranie w całość różnych elementów przemawiających do zmysłu smaku i węchu.

– Jakich elementów?

  Obracam kielich w powietrzu, zanurzam usta w winie i mówię tonem konesera.

– Takich jak na przykład  składające się na bukiet wina aromaty drzewa cedrowego, czarnych winogron, mokki i wanilii, zmieszanych z ingrediencjami wyczuwanymi przez zmysł smaku – miętą, czekoladą, poziomkami wysuszonymi przez słońce, odrobiną delikatnego garbnika, czarnymi jagodami, korzeniami i pieczonymi kokosami. (s. 12)

 

W duchu zaczynam już wyrabiać sobie wyobrażenie o tobie, wyjątkowe i wprawiające mnie w euforię: nie kojarzysz mi się z ciemnym, mocnym czerwonym winem, ale z winem białym, może sauvignon blanc, pochodzącym z chłodnego terroir, świeżym i lekkim, lecz bez śladu cierpkości czy niedojrzałości, winem przywodzącym na myśl zapach traw, zielonego pieprzu, liści drzewa cytrynowego z domieszką aromatu szparagów i agrestu – kompozycja doskonale wyważona, rustykalna, pokrewna owocowemu deserowi, w pełni odpowiadająca wymogom i oczekiwaniom właściwym wiekowi podeszłemu. (s. 13)

 

Z pełną aprobatą wysłuchujesz moich wywodów o świeżych owocach figowych, zielonym pieprzu i agreście składających się – wraz z aromatem traw – na bukiet owego wina… (s. 43)

 

…wuj Johnny pokazał mi, jak trzeba go (= kieliszek) trzymać, jak zakręcić delikatnie jego zawartością, odczekać aż się ustoi, i pokosztować trunku z nabożnym skupieniem. Poznałem tajemnicę caudalies trwających w jamie ustnej przez dokładnie trzydzieści sześć sekund, jeśli ma się do czynienia z dobrym winem. (s. 47-48)

                                                                                                     

Mężczyzna, który nie jest zdolny we właściwy sposób zakosztować wina, nigdy nie zrozumie kobiety. (s. 48)

 

…chwila skupienia, zastanowienia; z należną rewerencją prezentuję walory „wiejskiego” pinot noir: doskonałe proporcje aromatu dębowego, przypraw i wanilii, soupçon kawy, czekolady, lekkiego smaku wiśni, świeżych jagód nasyconych aksamitna taniną… (s. 130)

 

W czasie tygodniowego seminarium w Pietermaritzburgu zadałem się z Charmaine, chętną, ale nijaką – ot, przeciętny colombard; na festiwalu w Stavanger była Astrid – miłe tinta das baroccas, nieco ziemiste, dobre do natychmiastowego wypicia; w Kolonii, dokąd pojechałem odebrać nagrodę (…) poznałem Gertrudę, raczej cienki zinfandel o metalicznym smaku, nienadający się do przechowywania  – dlatego szybko flaczałem… (s. 164-165)

 

…gdy się poznaliśmy, wyobrażałem sobie ciebie jako wino: świeże i orzeźwiające, o intensywnym bukiecie z tonacja siana, zielonego pieprzu i palczatki cytrynowej, z nutą szparagów i agrestu, ulotnym posmakiem gleby i najsubtelniejszą nutą taniny – wielowymiarowa owocowość, która pozostaje długo na podniebieniu, pięknie zharmonizowana, aby się starzeć. O tak. Ale teraz widzę, że to coś więcej. Rześkość owoców tropikalnych, kareli, której słodycz nieomal traci goryczką migdała. Smak kobiety, przekraczający smak wina i owoców. (s. 249)

 

… jesteś nieosiągalna jak romanée conti. (s. 250)

 

…serwują nam wino musujące: aurum Achima von Arnima, z płatkami prawdziwego dwudziestoczterokaratowego złota połyskującymi w perlistym trunku. (s. 275)

 

Charles Baudelaire, Bądźcie pijani (Paryski spleen, 1864)

Trzeba zawsze być pijanym. W tym jest wszystko: i jedyny problem. Aby nie czuć straszliwego ciężaru Czasu, który zgina wam ramiona i pochyla ku ziemi, trzeba wam upijać się bez przerwy.
Ale czym? Winem, poezją lub cnotą, jak wam się podoba. Lecz upijajcie się.
A jeśli na schodach pałacu, wśród zielonej trawy rowu, w ponurej samotności pokoju, zbudzicie się mniej pijani lub trzeźwi, zapytajcie wiatru, fali, gwiazdy, ptaka, zegara, wszystkiego, co umyka, wszystkiego, co się żali, wszystkiego, co się toczy, wszystkiego, co śpiewa, wszystkiego, co mówi, zapytajcie jaka to godzina; a wiatr, fala, gwiazda, ptak, zegar, odpowiedzą wam: „To godzina pijaństwa! Aby nie być udręczonymi niewolnikami Czasu, upijajcie się, upijajcie się bez przerwy!
Winem, poezją lub cnotą, jak wam się podoba”.

tłum. Joanna Guze,
Lisowski Jerzy (red.), Antologia poezji francuskiej, t.3,
Czytelnik, Warszawa, 2000, s. 468-471

XXXIII. Upijajcie się
(Paryski spleen, 1864)

Trzeba wciąż być pijanym. To cały sekret: w tym tkwi wszystko. Żeby nie czuć straszliwego ciężaru Czasu, który miażdży wam barki i zgina grzbiet ku ziemi, musicie wciąż się upijać.
Czym? Winem, poezją lub cnotą, wedle upodobania. Byle się upić.
A jeśli kiedyś, ocknąwszy się na stopniach jakiegoś pałacu, na zielonej trawie skarpy czy w ponurej samotni waszego pokoju, poczujecie, że upojenie osłabło lub przeszło, spytajcie wiatru, fali, gwiazdy, ptaka, zegara, wszystkiego, co pędzi, wszystkiego, co wzdycha, wszystkiego, co krąży, wszystkiego, co śpiewa, wszystkiego, co mówi, spytajcie, która godzina; a wiatr, fala, gwiazda, ptak, zegar odpowiedzą: „Jest godzina pijaństwa! Żeby nie być udręczonymi niewolnikami Czasu, upijajcie się, upijajcie się bez przerwy! Winem, poezją lub cnotą, wedle upodobania”.

tłum. Ryszard Engelking,
Charles Baudelaire, Sztuczne raje, t.III – Pisma
(red.) R. Engelking, Z. Naliwajek, J. Żurowska
Wyd. słowo/obraz/terytoria, Gdańsk, 2009, s.237

Michael Sadler, Anglik w Paryżu. Edukacja kontynentalna.

Kieliszki przechodzą z ręki do ręki. Zawierają jedynie kapkę nektaru, ledwie siusiu skowronka, ale, robiąc dobrą minę do złej gry, połykam je, bo vita brevis. Spodziewałem się eksplozji, a tu nic. Wino jest kwaśne, neutralne i ubogie. Ale moi towarzysze eksperci, zgromadzeni wokół srebrnej miski, patrzą na mnie z ukosa. Czyżby do bractwa przeniknął pijak? Drugi paradoks. Żeby wypić, trzeba wypluć.
I jest jeszcze gorzej. Trzeba powiedzieć, co się o tym myśli. Ocenę wygłasza się inteligentnym półgłosem… „tłuste”, „taninowe”, „dobrze zbudowane”. Wszyscy stoimy w rzędzie. Bezapelacyjnie przychodzi moja kolej.
– Wydaje mi się całkiem przyjemne.
Przyjemne? Przyjemne! Podniebienia marszczą brwi. Wielki kapłan rzuca mi zabójcze spojrzenie.
– Nie, Monsieur. W rzeczywistości ono nie zacznie być „przyjemne” nawet przez następne piętnaście lat!
Natychmiast wyszedłem i udałem się do FNAC – kulturalnego megasklepu na Rue des Rennes – na drugie piętro, do książek, i zanurzyłem nos w Parkerze. Nie szukałem oczywiście wiedzy. Szukałem. Parker, największy z największych blefiarzy winnych, posiada podniebienie i nos jak komputer. Czytając, zaczynam kumać system.
Dzień 2: degustacja Bordeaux. Stawiam się przed ołtarzem o 18.15. są tam wszyscy, wczorajsze asy, które zakpiły z mojej przesadnej niewinności. Poczekamy, zobaczymy. Kieliszki krążą – zawirowanie, łyk i wyplucie. Podniebienia zaczynają recytować swoją nużącą litanię: korpus, nogi, struktura. przychodzi moja kolej. Wpycham nos do kieliszka, najgłębiej jak mogę, wciągam i szepcę:
– Interesujące… ale pośladki nieco za wiotkie, prawda?
Wśród légions d’honneur lekkie zamieszanie.
– W rzeczywistości, tak między nami, to jest nawet ciut za dużo zadka.
Zadka?! Hmm…
Zapada cisza.
I wtedy odzywa się głos z lewej strony świątyni.
– Rozumiem, co pan ma na myśli.
Zadziałało! Jeden z kolekcjonerów dał się złapać! Wystarczy tylko wybrać odpowiedni motyw, jak najszerzej rozwinąć metaforę, podpalić lont i wycofać się. Zawsze się znajdzie ktoś głupszy, kto to połknie.
Następny dzień: białe Bordeaux. Motyw: golf.
Pełen wątpliwości krzywię się, marszcząc podniebienie.
– Nadal trochę w dzikiej trawie, nie uważacie?
Z pewnością tak uważali.
Dzień 4: Côte de Nuits. Motyw – automobil. Moi towarzysze wyczekują, aż się wypowiem.
– Dobre zawieszenie. Ale nierówno pracuje. Może jakiś problem z dystrybutorem? Wymaga jeszcze kilku lat lub wizyty w warsztacie.
Ostatniego dnia był Madiran i seks. Zakończyłem triumfalnie.
– Z pewnością obiecująca gra wstępna… ale ostatecznie ciut ekshibicjonistyczne… Czy już próbowaliście rocznika ’69?
Pod koniec tygodnia grupa była zgodna. Być może zrobiłem złe wrażenie na początku, ale… en fin de compte, moja wiedza specjalistyczna wręcz ich oszołomiła.

Michael Sadler, Anglik w Paryżu. Edukacja kontynentalna,
Wydawnictwo Pascal, 2010 (tłum. z angielskiego, Andrzej P. Zakrzewski),
ss. 89-91.