Kieliszki przechodzą z ręki do ręki. Zawierają jedynie kapkę nektaru, ledwie siusiu skowronka, ale, robiąc dobrą minę do złej gry, połykam je, bo vita brevis. Spodziewałem się eksplozji, a tu nic. Wino jest kwaśne, neutralne i ubogie. Ale moi towarzysze eksperci, zgromadzeni wokół srebrnej miski, patrzą na mnie z ukosa. Czyżby do bractwa przeniknął pijak? Drugi paradoks. Żeby wypić, trzeba wypluć.
I jest jeszcze gorzej. Trzeba powiedzieć, co się o tym myśli. Ocenę wygłasza się inteligentnym półgłosem… „tłuste”, „taninowe”, „dobrze zbudowane”. Wszyscy stoimy w rzędzie. Bezapelacyjnie przychodzi moja kolej.
– Wydaje mi się całkiem przyjemne.
Przyjemne? Przyjemne! Podniebienia marszczą brwi. Wielki kapłan rzuca mi zabójcze spojrzenie.
– Nie, Monsieur. W rzeczywistości ono nie zacznie być „przyjemne” nawet przez następne piętnaście lat!
Natychmiast wyszedłem i udałem się do FNAC – kulturalnego megasklepu na Rue des Rennes – na drugie piętro, do książek, i zanurzyłem nos w Parkerze. Nie szukałem oczywiście wiedzy. Szukałem. Parker, największy z największych blefiarzy winnych, posiada podniebienie i nos jak komputer. Czytając, zaczynam kumać system.
Dzień 2: degustacja Bordeaux. Stawiam się przed ołtarzem o 18.15. są tam wszyscy, wczorajsze asy, które zakpiły z mojej przesadnej niewinności. Poczekamy, zobaczymy. Kieliszki krążą – zawirowanie, łyk i wyplucie. Podniebienia zaczynają recytować swoją nużącą litanię: korpus, nogi, struktura. przychodzi moja kolej. Wpycham nos do kieliszka, najgłębiej jak mogę, wciągam i szepcę:
– Interesujące… ale pośladki nieco za wiotkie, prawda?
Wśród légions d’honneur lekkie zamieszanie.
– W rzeczywistości, tak między nami, to jest nawet ciut za dużo zadka.
Zadka?! Hmm…
Zapada cisza.
I wtedy odzywa się głos z lewej strony świątyni.
– Rozumiem, co pan ma na myśli.
Zadziałało! Jeden z kolekcjonerów dał się złapać! Wystarczy tylko wybrać odpowiedni motyw, jak najszerzej rozwinąć metaforę, podpalić lont i wycofać się. Zawsze się znajdzie ktoś głupszy, kto to połknie.
Następny dzień: białe Bordeaux. Motyw: golf.
Pełen wątpliwości krzywię się, marszcząc podniebienie.
– Nadal trochę w dzikiej trawie, nie uważacie?
Z pewnością tak uważali.
Dzień 4: Côte de Nuits. Motyw – automobil. Moi towarzysze wyczekują, aż się wypowiem.
– Dobre zawieszenie. Ale nierówno pracuje. Może jakiś problem z dystrybutorem? Wymaga jeszcze kilku lat lub wizyty w warsztacie.
Ostatniego dnia był Madiran i seks. Zakończyłem triumfalnie.
– Z pewnością obiecująca gra wstępna… ale ostatecznie ciut ekshibicjonistyczne… Czy już próbowaliście rocznika ’69?
Pod koniec tygodnia grupa była zgodna. Być może zrobiłem złe wrażenie na początku, ale… en fin de compte, moja wiedza specjalistyczna wręcz ich oszołomiła.
Michael Sadler, Anglik w Paryżu. Edukacja kontynentalna,
Wydawnictwo Pascal, 2010 (tłum. z angielskiego, Andrzej P. Zakrzewski),
ss. 89-91.

